Sprzęt, Technologia

TOP 10 GADŻETÓW na które szkoda mi kasy, ale są idealne na prezent

Rzucają się w oczy – przede wszystkim przed Świętami. Kuszą swoją ujmującą absurdalnością i niepotrzebnymi funkcjami. Na każdym kroku krzyczą: “człowieku, nie potrzebujesz mnie!”. A jednak tak bardzo chciałbyś je mieć.

Istnieje wiele urządzeń, których z całą pewnością bym nie kupił. I nie chodzi tu o typowe graty, takie jak smartfony za 200 złotych, plecaki z powerbankiem za… obojętnie za ile, albo inteligentną szczotkę do włosów. Dla łysych. Choć coś takiego naprawdę istnieje. 

Mam na mysli gadżety, które z jednej strony są świetne do zabawy, ale z drugiej… są świetne tylko do zabawy. I drogie. Wąż w kieszeni kąsi mnie boleśnie na samą myśl o tym sprzęcie, a gdy mam słabszy moment i wchodzę na stronę internetową sklepu, zawsze gdzieś tam na drugim planie narzeczona wymachuje w moim kierunku nabytym niedawno wałkiem.

Ale ślinka cieknie. Jako że Boże Narodzenie za pasem, postanowiłem przygotować listę takich urządzeń. Wiecie, dla siebie kupować nie wypada, ale z kasy wydanej na prezenty nie będziecie przecież nikogo rozliczać. Może więc ktoś kupi Wam coś z tego zestawienia. Albo mi. Czego serdeczenie nam życzę!

HP Sprocket

Ile razy oglądaliście na smartfonie zrobione dopiero co zdjęcie i myśleliście: “ech, szkoda, że nie mogę wydrukować go teraz w małym formacie, z wyblakłymi kolorami i w formie naklejki”? Prawdopodobnie ani razu, więc zupełnie nie potrzebujecie HP Sprocket. Ale brzmi fajnie, prawda? Gadżet łączy się z telefonem przez Bluetooth, dedykowana aplikacja pozwala na dodawanie do fotek ramek, napisów i innych bajerów, a proces drukowania trwa tylko kilkanaście sekund. To taki uwspółcześniony Polaroid, choć mniej spontaniczny, bo dziewczyna może przez pół godziny wybierać do przelania na papier to jedno idealne selfie. Niemniej, świetna sprawa. Szkoda, że kosztuje aż sześć stów.

Sphero BB-8/Sphero R2D2

600 złotych za drukowanie zdjęć to dużo, ale 600 złotych za jeżdżącego robocika sterowanego smartfonem zakrawa na absurd. Dwa modele Sphero na licencji Gwiezdnych wojen są spełnieniem marzeń każdego geeka. Stoją sobie w ładnych pudełeczkach, słuchają waszych poleceń, wydają zabawne dźwięki i ruszają główkami. Na początku totalnie Was oczarują, później zaczną zbierać kurz. Ale nie łudźcie się – i tak będziecie spoglądali na nie z czułością i nigdy ich nie sprzedacie.

Star Wars: Jedi Challenges

Pozostajemy w uniwersum Star Wars. Jedi Challenges to hełm rozszerzonej rzeczywistości z repliką miecza świetlnego, który pozwoli Wam obić czerwono-czarny tyłek Darthowi Maulowi (ciekawe czy ma na nim rogi) i kilku innym złoczyńcom. A potem, dla odprężenia, możecie pograć w holograficzne szachy. Wyjątkowo efektowna zabawka. A że kosztuje 1300 złotych? Spoko, na biednego nie trafi – hełm współpracuje tylko z kilkoma drogimi flagowcami.

PS. Warto dodać, że Lenovo wciąż wzbogaca gry na hełm o świeże aktualizacje. Jeżeli jedna z nich wprowadzi możliwość uduszenia Jar-Jara Binksa, zakup stanie się znacznie bardziej opłacalny.

Nintendo SNES Mini

Klasyczna retro-konsolka z 21 klasycznymi grami z klasycznego Super Nintendo. W Polsce w czasach dominacji SNES-a królował Pegasus, czyli równie klasyczna podróbka starszego Nintendo, więc hity z 16-bitowca mało kto zna. Szkoda, bo to już nie tylko muzealne eksponaty, ale wciąż znakomite i grywalne tytuły. Na szczęście SNES mini da Wam możliwość legalnego nadrobienia zaległości, a pod telewizorem zajmuje tak mało miejsca, że po kupieniu go nie musicie wyrzucać PlayStation 4 przez okno. Choć nie zaszkodzi.

Z jakiego powodu szkoda mi na to własnego hajsu? Czyżbym nie kochał Donkey Konga? Skąd – po prostu #zagranico SNES kosztuje nieco ponad 300 złotych, a w naszym pięknym kraju około 550 zł… Bogatemu bronił nie będę, więc na prezent super, ale przed kupnem miałbym opory.

Apple AirPods / Apple TV 4K

Każdy szanujący się wielbiciel sprzętu Apple chciałby mieć te dziwne słuchawki, z których wszyscy się śmieją oraz wspaniałą przystawkę do telewizora, co to miała zrobić rewolucję, a nie zrobiła. Przyznaję, że brzmi zachęcająco. Nie no – to ciekawe urządzenia, którymi na pewno miło się pobawić, ale ich cena jest dla większości nieco niewspółmierna do korzyści.

Dron

Nie no, jasne – drony są mega praktyczne. Ale dla kogo? Dla Amazona, którego latający robot spuści Ci kiedyś paczkę na głowę? Dla profesjonalnego operatora kamery? Dla amerykańskiego żołnierza, który robi sobie z takiej maszynki Xboksa i zrzuca za jej pomocą ładunki wybuchowe? Nie oszukujcie się – Wasze panoramy krajobrazu Kędzierzyna-Koźla albo vlogi nagrywane w Radomsku raczej nie porwą tłumów. No i nie zabijecie za pomocą takiego gadżetu terrorysty, tylko co najwyżej nudę. Ja też. Dlatego, mimo iż chętnie przygarnąłbym drona, do tej pory wstrzymuję się z kupnem.

PlayStation VR

Na PlayStation VR jest tyle gier, że aż głowa boli! Dosłownie – od niektórych można dostać mdłości. Fajnie mieć takie gogle na krótkie sesje w minigierki i dodatki do pełnoprawnych produkcji, ale wirtualna rzeczywistość to nadal “widzimisię” i pierdółka dla zamożnych. Chciałbym mieć? Jasne! Chciałbym kupić? Nie bardzo.

Ej, ej – wiesz co możesz zrobić? Polubić mój profil na Facebooku – jak kiedyś będzie na nim 100 000 fanów, będziesz mógł się pochwalić, że byłeś jednym z pierwszych 🙂 A mnie to zmotywuje do roboty

Pojazd elektryczny

Święta to idealny czas na upadek i rozwalenie sobie ryja na desce elektrycznej. Albo na elektrycznej hulajnodze. Albo na jeździku. No, ogólnie przyjemnie zrobić kilka kółek wokół domu (SOMSIAD PĘKNIE Z ZAZDROŚCI), a później wywalić się i odłożyć taki superpraktyczny pojazd do garażu (SOMSIAD PĘKNIE ZE ŚMIECHU). Poważnych zastosowań większość osób nie znajdzie, szczególnie zimą. Choć podobno jeśli jeździ się na lodzie, często zupełnie niechcący wychodzi z tego łyżwiarstwo figurowe. Polecam!

Samsung Gear 360/LG 360 Cam

To dwie moim zdaniem najlepsze tanie kamerki do zdjęć i filmów w 360 stopniach. Gear 360 wygrywa wszechstronnością (nowa wersja obsługuje nawet streaming na YouTube i Facebooka), a 360 Cam łatwiej mieści się w kieszeni. Nagrywanie materiałów na wakacjach sprawi Wam mnóstwo radości, podobnie jak szpanowanie fotkami na Fejsie, a następnie oglądanie ich maksymalnie dwa-trzy razy. Większość roku gadżet przeleży w szufladzie, choć… warto coś takiego mieć – na wszelki wypadek.

Amazon Echo Dot

Chętnie poznalibyście lepiej tę całą Aleksę, ale nie wiecie czy gra jest warta świeczki? Najtańsza wersja kosztuje nieco ponad dwie stówy, i choć głośnik z niej raczej marny, to jako dodatek podłączany do prawdziwego sprzętu audio sprawdza się nieźle. Zawsze możecie poprosić, żeby zagrała jakąś kolędę, albo opowiedziała dowcip tak zabawny, że będziecie się zastanawiali, czy aby na pewno go zrozumieliście. Mnie Echo Dot kojarzy się ze Świętami, bo w zeszłym roku to właśnie ten głośniczek prosiłem o granie gwiazdkowych kawałków. Za swoje bym nie kupił, ale cieszę się, że go mam.

Logitech Craft

Właściwie to jedenasta pozycja na liście, ale tutaj chyba mogę mieć gdzieś zasady. Przypomniało mi się o spoczywającej na moim biurku w redakcji klawiaturze Logitech Craft. Specjalne pokrętło do zmiany ustawień w zaawansowanych programach pozwoli Wam poczuć sie z nią jak DJ Photoshopa, maestro Illustratora albo pan i władca Lorda. To znaczy Worda. Do pracy rzeczywiście całkiem spoko, lecz potrafię wymyslić kilka lepszych sposobów na spożytkowanie 900 złotych. Na przykład wynajęcie na parę dni sługusa, który będzie pisał za mnie. A w wolnych chwilach wachlował mnie palmą.