Gry, Technologia

Gry na smartfony? To rak, który psuje całą branżę

Bóg wymyślił gry mobilne, żebym mógł bawić się bezstresowo w autobusach, sklepowych kolejkach albo na łóżku. Tak żebym, wiecie, włączał sobie jakiś prosty tytuł i po kilkunastu sekundach zatapiał się już w rozgrywce. Powiedzcie mi więc proszę, dlaczego do cholery to tak nie działa?

Coś tu ewidentnie śmierdzi. Niby smartfony coraz mocniejsze, flagowce wodoszczelne, żeby można było zaślinić ekran podczas patrzenia na grafikę świeżych hitów, a niemal wszystkie wielkie marki obecne na sprzęcie mobilnym. A jakoś tak, mimo najszczerszych chęci, grać mi się na telefonie nie chce.

Duszę bym oddał za fajne wyścigi samochodowe i symulatory sportowe na Androida. ALE JAK TO, MASZ PRZECIEŻ GEAR CLUB I FIFĘ – powiecie. No nie bardzo. Nie bardzo, bo włączam ten szajs, a tam zamiast szybkich samochodów i meczu, czekają na mnie paczuszki do otworzenia, powiadomienia o “bonusowych eventach” i naciski na zakup punktów za prawdziwą kasę. Przełamię się i pogram z 20 minut? “O, super, że zacząłeś się mimo wszystko nieźle bawić – teraz zapłać, aby kontynuować lub poczekaj godzinę”. Dzięki.

Ja rozumiem, że to wszystko biznes. Że taki model sprzedaży przynosi zyski. Ale trudno mi nie być zirytowanym zmarnowanym potencjałem smartfonów jako narzędzi do grania. Telefony miały oferować  efektowne gry idealne na krótkie sesje – tak jak kiedyś automaty. Tymczasem większość dużych produkcji na każdym kroku zniechęca do siebie milionem tutoriali, skomplikowanymi menu i komunikatami w stylu “kierowniku, dołóż 2 złote na nową turbinę”.

W sumie nie ma się co dziwić. Sami wydawaliśmy przez lata (to znaczy ja nie, patrzę karcąco na Was) krocie na tak zwane free-to-play, a rynek zdążył się nauczyć, że takie dojenie klienta przynosi krocie. Z jakiegoś powodu wiele osób woli zapłacić za coś w ciągu paru miesięcy 500 złotych, niż jednorazowo pięćdziesiąt. Przykład? Super Mario Run. Ileż było w sieci oburzenia, że kosztuje cztery dychy. A mikrotransakcje? Nie no, w tym nikt nie widzi żadnego problemu.

Smartfony mogą sprowadzić apokalipsę na cały gaming. Co działo się w tym roku ze Star Wars: Battlefront II? Albo z NBA 2K18? To już kurestwo – płacisz 250 złotych za pełny tytuł, ale żeby się nim cieszyć, i tak powinieneś ciągle sięgać do portfela. Twórcy wysokobudżetowych produkcji szukają dodatkowych zysków coraz częściej.

Ok, ja tam się może nie znam, ale oddam głos analitykom z IDC, które nie jest losową firmą pasującą mi akurat do tekstu, tylko zbiorem prawdziwych ekspertów z wielu dziedzin:

Gry stają się usługami, których monetyzacja tylko zaczyna się w chwili premiery. Wielką kasę przynoszą społeczność i ogromna baza graczy, którzy interesują się daną produkcją przez wiele lat. Zyski z gier free-to-play na smartfony przekroczyły już dochody pochodzące z rynku tytułów pecetowych i konsolowych.

A z polskiego na nasze: my dajemy się robić w konia, a że giganci branży nie chcą obudzić się za parę lat z ręką w nocniku, dają się porwać mikrotransakcjom. I nie ma od tego odwrotu. Nie mam nic przeciwko DLC, lecz pudełkowe gry powinny być od razu doświadczeniem kompletnym. A te na telefony i tablety, prostszymi odpowiednikami tego, co znamy z innych platform. Jak, no nie wiem, MARIO RUN. 

Takimi “pick up and play”. Zamiast tego dostajemy “pick up and pay”. Dlatego prawie nie gram na smartfonie. I choć podoba mi się oprawa, a nawet gameplay w niektórych sportówkach, wyścigach i strzelankach, to bezsensowne komplikowanie rozgrywki i wyciąganie dłoni po hajs co 10 sekund skutecznie mnie do nich zniechęcają.

Modlę się tylko, żeby “mobilna rewolucja” nie wciągnęła też do reszty komputerów oraz konsol. W ostatnich miesiącach przeszedłem około 10 gier, za które z przyjemnością zapłaciłem, i na szczęście ani razu nie „prosiły” mnie o dodatkowy haracz. Może więc jest jeszcze nadzieja. Ale na to, że miniaturowy odpowiednik Need for Speeda albo NBA na komórkę sprawi mi jakąkolwiek radość, już dawno przestałem liczyć.

PS. Oczywiście wiem, że mogę pograć sobie w takie perełki jak Monument Valley albo nawet odświeżone GTA, lecz to wyjątki. Prawie wszystkie potencjalnie świetne „mobilki” zepsuto irytującymi dodatkami (ot, choćby premie za codzienne logowanie mające wywoływać w nas uzależnienie) i mikrotransakcjami… Nawet klasyki zdarzało się psuć – chociażby Dungeon Keepera.

Zgadzasz się ze mną lub chcesz mnie ochrzanić? Śledź mój profil na Fejsie, a będziesz miał jeszcze wiele okazji, by wyrazić swoje zdanie 🙂